Moderski cz. I [czyli tytułu brak]

Autor: Lena Milena, Gatunek: Proza, Dodano: 05 kwietnia 2013, 14:59:47

No i jak ja mam to zacząć? Jak? Nie mogę, bo setki, tysiące, miliony wychudzonych twarzy wlepiają we mnie swoje prosząco-mokre gały i błagają: „Zrób to, zrób to, tego chcemy” i dalej „ciebie prosimy” jak podczas niedzielnej sumy. Nie mogę im tego odebrać, nie potrafię dłużej stawiać oporu wobec tych kruchych, mocno umalowanych dziewczynek podążających do gimnazjum, wobec tych szpakowatych mężczyzn w autobusie linii numer dziewięć, wobec murzyńskich matek, żydowskich córek, muzułmańskich synów, amerykańskich transwestytów. Ludzkość mnie przytłacza. Lumpenproletariat woła: „Zacznij od: <<Było piękne, marcowe popołudnie>>, prosimy, tego żądamy, tego oczekujemy”. Nie zwykłem kłamać w innych sytuacjach niż łóżkowe, rozumiesz, na pewno wiesz o co chodzi, zapewne sam nie raz tak robiłeś, a to popołudnie może i jest marcowe, ale na pewno nie piękne. Niby świeci jakieś tam słońce, niby wpisy na Facebook’u, że wiosny podmuchy i inne sranie w banie, ale tak naprawdę pięknie to w ogóle nie jest. Bo gdzież to piękno? Na ulicach błoto, które międli się pod butami, zimowe śmieci przebiły spod śniegu, zapach zgnilizny, rozkładu, wilgoć w powietrzu. I oczywiście coś, co wszyscy bardzo dobrze znamy już od najmłodszych lat dzieciństwa, pierwszy symptom nadchodzącej wiosny, czyli psie gówna na każdym kroku, na każdym metrze kwadratowym naszego globu. Osrane jest wszystko. Osrane chodniki, osrane trawniki, osrane ulice, uliczki, ścieżki i ścieżynki każdego rodzaju. Przydrożne gówna dostarczają weny jedynie mojemu przyjacielowi, Andrzejowi, który spoglądając na wytwory psich dup w poetyckim uniesieniu jednym tchem recytuje fraszkę: „Takie są realia, że wszędzie są fekalia.” Jaka muza, taki epos.

 

  Dobrze, już dobrze. Piękno jest abstrakcyjne, piękno jest względne, relatywne rzec by można, snobem jestem, sztuki nie znam. Przy naszych zdrowych, polskich, chodnikowych kupach fiołki w Neapolu mogą ze wstydu wrosnąć z powrotem w tę cudną glebę, która je spłodziła. Ale tego już wystarczy, bo znowu robię się nudny ze swoją pretensjonalnością. Nazywam się Gabriel, urodziłem się pisarzem i właśnie usprawiedliwiam moją uległość wobec ciebie.

 

  Zawsze marzyłem o tym, żeby napisać książkę. Oczywiście nie byle jaką książkę. Światowy bestseller, niezliczone ilości sprzedanych egzemplarzy, mokre majtki pięknych kobiet, piski na mój widok na ulicach, moja zarośnięta twarz w telewizjach śniadaniowych, babcia płacze i  wyciera haftowaną chustką łzy dumy, podobnie zresztą jak moja matka, jednak ta robi to bardziej dyskretnie, bo osoba, która wydała na świat taką osobistość jak ja, w jej mniemaniu, powinna powściągnąć emocje. Krytycy i literaturoznawcy nie mogą wyjść z podziwu, powtarzają jeden po drugim „Tak, tak, Moderski to fenomen naszych czasów, stworzył prawdziwie wartościowe arcydzieła literatury polskiej, odsłonił prawdę, poruszył serca całego narodu.” Później wszystko dzieje się tak, jak zapewne się już domyślasz – dostaję Nike, Paszport Polityki, no a potem Nobla i wyprowadzam się do Paryża. Ten plan ustaliłem już wiele lat temu i wydawałoby się, że nic nie stoi mi na przeszkodzie, żeby go zrealizować i czym prędzej pławić się w złocie i rozkoszować luksusami i sławą. Zacząłem pisać wiersze, bardzo dobre wiersze, poezję płynącą z serca, prawdziwą, poruszającą, piękną, mającą swój cel i misję. Moje największe faux pas w życiu. Kto to czyta? Kto rozpoznaje współczesnych poetów, choćby nie wiem jak wybitnych? Gówno, nikt. No, może co pilniejsi studenci polonistyki, a to też z przymusu. Minęło kilka lat zanim podniosłem się po tak srogiej porażce, przełknąłem wielki haust goryczy, sam sobie dałem mocno w mordę i strzepałem kurz z powycieranych, za ciasnych dżinsów. Właśnie wtedy odkryłem, że najlepsze powieści to te, które opowiadają prawdziwe historie, które są nafaszerowane autentycznymi odczuciami, które wyciekają na klawiaturę wprost z serca, żył, umysłu, wątroby i penisa autora i krzyczą: „Ja to czułem, ja to przeżyłem, ja to widziałem.” Autobiografia z przekazem uniwersalnym, głęboka i wymagająca wysiłku intelektualnego – to miało być dzieło otwierające drzwi mojej kariery, wynoszące na ołtarze, stawiające na piedestale, wciskające na łeb wieńce laurowe. To było, kurwa, to. Poczułem się jakby sam Chrystus zstąpił na ziemię, uścisnął mi dłoń i pogratulował geniuszu. Wstydzę się własnej naiwności. Moderski, ty cioto głupia, przez twój debilizm teraz wszyscy jesteśmy zażenowani, spójrz i ja, i pan, i pani, no i ty zapewne też, i cała reszta. Mam to szczęście, że urodziłem się pisarzem, bo gdybym musiał nim zostać, nie miałbym żadnych szans.

 

  Nie powiem ci teraz, co wtedy popijałem, ale coś na pewno było pod ręką. Ceylon, czy Assam, zresztą kogo to obchodzi, jeśli nie jest to whisky, spiryt, albo ruska wóda. Za to pamiętam, że chciałem koniecznie zacząć od seksu, bo seks to coś, co zawsze się sprzeda, nieważne w jakiej formie. Moja seksualna przygoda na miarę wielkiej powieści miała na imię Dorota. Mniejsza jak wyglądała, mniejsza kim była. Chociaż nie, wiesz co? Powiem ci, ale tak w zaufaniu, bo nie chciałem, nawet bardzo nie chciałem, o niej pisać. Nadawała się idealnie na bijącą rekordy popularności powieść. Artystka w każdym sensie tego słowa -  śpiewaczka, a do tego poetka, chociaż jej umiejętności zarówno piśmienne jak i wokalne były niczym przy tych łóżkowych. Pół roku z nią spałem. To był taki typowy książkowo-filmowo-kiczowaty romans, w którego realne istnienie nikt przy zdrowych zmysłach by nie uwierzył. Aż się uśmiechnąłem widząc w myślach te wszystkie nastolatki czytające z wypiekami na twarzy nasze platoniczno-poetycko-bardzo fizyczne relacje, te wszystkie kochamcia i inne słowa, których żadne z nas nigdy nie brało na poważnie, ale sprawiały, że było jakoś tak bliżej, cieplej i milej. I te wszystkie nieco groteskowe sytuacje, chociażby gdy miałem ją w męskiej toalecie na jednym z katolickich uniwersytetów. Chciałbym powiedzieć o tym więcej, ale wiesz, jakoś tak nie mogę. Tak samo czułem się wtedy, gdy chciałem to wszystko opisać, gdy wydawało mi się, że ten epizod będzie strzałem w dziesiątkę.  Pomyślałem wtedy o Dorocie, która przeczesuje nerwowym ruchem swoje krótko ostrzyżone włosy, w ręku trzyma moją powieść, do pokoju wchodzi jej cipkolubna partnerka, która zabrała mi Dorotę raz na zawsze, nazywa się Anna, widziałem je razem tylko raz w centrum handlowym, no i ta Anna pyta co się stało, a Dorota nagle, jeb tę moją książkę o stół i wkurwiona niemożebnie krzyczy: „Moderski, ty głupi chuju, jak mogłeś to sprzedać, jak mogłeś dać masom nasze wspólne, intymne chwile, teraz cały świat wie, że podczas orgazmu drętwieją mi palce u nóg, nie wybaczę ci tego” i jeszcze kilka chujów na dobry koniec wypowiedzi. I, wiesz, ona wtedy miałaby rację. Nie mogłem jej tego zrobić. Kochałem ją.

 

  W niezbyt obszernej, erotycznej części swojej biografii szybko odnalazłem inny epizod, który po lekkim ukoloryzowaniu nadałby się na początkowy wątek mojej genialnej powieści. Żółta Sukienka wyszła z bardzo mocną kandydaturą, bo kiczowatości i popu dodawały jej okoliczności, w jakich się poznaliśmy, no i fakt, że była to tylko jednorazowa przygoda. Żółta Sukienka miała zgubny nawyk palenia jedynie mocnych Marlboro, a tego dnia, w ramach spisku wszystkich sił nieczystych przeciwko biednej Żółtej Sukience, palacze całego globu postanowili wykupić wszystkie czerwone Marlborasy. Fart, a raczej niefart sprawił, że akurat na zgłodniałych czerwono-marlborowej nikotyny oczach wyciągnąłem paczkę papierosów akurat tej mocy i marki. Czy może być coś bardziej tandetnego? Dałem jej tego fajka i nie zwracałem na nią większej uwagi, dopóki nie zaczęła mi się naprzykrzać. Miała wielkie okulary na pół twarzy, w takich grubych, czarnych oprawkach i takie kolorowe włosy, na pewno wiesz o co chodzi, nie pamiętam jak kobiety to nazywają, ale takie pasma w różnych kolorach, trochę blond, trochę brąz, trochę nie mam pojęcia co jeszcze, na pewno kojarzysz. Wyglądała tragicznie w tych okularach, a do tego trajkotała bez przerwy coś o sałatkach. Nawijała jak naćpana, bez przystanku, z prędkością karabinu maszynowego. Miałem to wszystko głęboko w dupie, ale w pewnym momencie poczułem, że jest coś urzekającego w tym jej babskim pierdoleniu bez sensu. Przyjrzałem się bliżej Żółtej Sukience i po dłuższej kontemplacji nieprzerwanie wydającej różne dźwięki twarzy doszedłem do wniosku, że byłaby nawet ładna, gdyby tylko ktoś zdjął z niej te badziewiaste bryle. Teraz powinien nastąpić ten moment, w którym proponuję, żebyśmy poszli do mnie, a ona oczywiście się zgadza, łapiemy taksówkę, i już od progu mojego mieszkania dobiera mi się do rozporka. Może zrealizowanie tego scenariusza byłoby realne, gdyby nie fakt, że były to złote czasy studenckie, czytaj: nie było mnie stać nawet na taksówkę i mieszkałem w akademiku. Dałem radę. Złapałem Żółtą Sukienkę za rękę i pociągnąłem za sobą. Szliśmy ulicą w środku nocy w nieznanym ani mi, ani jej kierunku, a ona dalej nie zamykała paszczy. Ach, zapomniałem ci powiedzieć, że to był czerwiec, była bardzo ciepła noc, stąd ta jej cienka, żółta sukienka na ramiączka. No i staliśmy przed klubem, bo w środku było rozrywkowo jak na stypie. Właśnie dlatego wybrałem epizod z Żółtą Sukienką na wstępny w mojej powieści – uwierzyłbyś w autentyczność takiej sytuacji? Oni stoją razem przed klubem, ona prosi o papierosa, młoda, seksowna, odchodzą razem w ciemną noc, bez jednego słowa z jego ust, i podążają ciemną uliczką, żeby uprawiać miłość. Widzisz, uśmiechnąłeś się. Ta, uwierzyłbyś, już bo. Przeczytałbyś ten tekst, opanował uczucie zemdlenia i powiedział w myślach do siebie: „Mhm, akurat, taki chuj”, ale ziarno niepewności zostałoby zasiane. I zazdrościłbyś mi, znaczy temu książkowemu bohaterowi, choćby podświadomie, że to z nim idą się kochać bez słowa przypadkowe kobiety. Właśnie to było magiczne w tej nocy z Żółtą Sukienką, że do tej pory była tak błogo stereotypowa. Szliśmy sobie dalej, nie wiem gdzie, ona przechodziła właśnie do sedna sprawy związanej z wymierającym gatunkiem tygrysa, gdy zrozumiałem, że nie wiem, gdzie jesteśmy, a ona naprawdę jest tak naćpana, że niejedna gwiazda rocka mogłaby jej pozazdrościć. Jakieś dziesięć minut później rozpoznałem tę okolicę, jeden z moich kumpli tam mieszkał. W sumie to dość daleko zaszliśmy, było już późno i zaczęło robić mi się chłodno. Zastanawiałem się jak wybrnąć z tej sytuacji, wyobraź to sobie, co byś zrobił na moim miejscu? Raczej nie to, co ja wtedy zrobiłem. Od dobrych trzydziestu minut nie spotkaliśmy nawet psa z kulawą nogą, więc czułem się bezpieczny i bezkarny. Zatrzymałem się na środku chodnika. Było ciemno jak w dupie, mówię ci, akurat w tym miejscu nie działała latarnia, a obok była taka wysoka kamienica, która zasłaniała księżyc, więc nie było już totalnie żadnego światła. To był pierwszy raz, gdy Żółta Sukienka, gdzieś tam, niewidoczna w mroku, zamilkła. Ta chwila przebiegła zgodnie z typowym hollywoodzkim scenariuszem, bo ku mojemu zdziwieniu poczułem jak Żółta Sukienka przybliża się i bardzo pewnie całuje mnie w usta rozsuwając zarazem rozporek. Myślisz, że gdybyś znalazł się na moim miejscu byłbyś zadowolony i uznał, że to twoja szczęśliwa godzina – napalona panienka, która nagle zaczyna zachowywać się jak wyuzdana dziwka, ociera się o ciebie, mruczy do ucha, po czym zachłannie i łapczywie bierze w usta. Gdybyśmy zamienili się miejscami, też bym tak myślał, poklepałbym cię po ramieniu i powiedział, o kurwa, stary, ale miałeś farta! Ale ja byłem tam i byłem przerażony. Nie pytaj mnie czemu, nie wiem. Może po prostu nagła śmiałość Żółtej Sukienki podziałała na mnie tak onieśmielająco. Nie wiem. Gdy przeszła do sedna i robiła to, co robiła, samczy instynkt jednak wziął górę nad moim lękiem i skrępowaniem. Podniosłem Żółtą Sukienkę z klęczek i niemal rzuciłem ją na chropowatą ścianę kamienicy. Zawsze byłem delikatnym i czułym kochankiem, nie zrozum mnie źle, po prostu ona wyzwoliła we mnie takie emocje. Trochę mi wstyd, gdy teraz o tym piszę. Ten fragment nie zagości w mojej powieści, ale tobie go opowiem. Zadarłem Żółtej Sukience jej żółtą sukienkę i widziałem, że jej się to podoba i tylko na to czeka. Wyglądała jak jakaś napalona gwiazda porno, nawet nie umiem tego opisać, dlatego moje zdziwienie nie miało granic, jak gdy już w nią wchodziłem, poczułem  jakiś dziwny opór, do tego stopnia, że bałem się wejść do końca, że wtedy ją uszkodzę, sprawię ból, no nie wiem… Przepraszam, jestem zbyt szczery. Ale to mówię tylko i wyłącznie tobie, nikomu więcej, no i nie napiszę tego, oczywiście. Wstydzę się tego, czuję się jak podłe bydle za każdym razem jak o tym myślę. A uczucie mojej podłości potęguje się stukrotnie, gdy w głębi serca przyznam sam przed sobą, że nie żałuję tego, że rozdziewiczyłem tę biedną, nieznaną mi nawet z imienia dziewczynę na środku ulicy, a ona po wszystkim zaciągnęła majtki, wybuchnęła płaczem i uciekła gdzieś przed siebie wiedziona narkotykowym GPS-em i instynktem samozachowawczym. Wiem, że teraz w myślach mnie osądzasz, ale będę szczery do końca – było mi miło przelecieć Żółtą Sukienkę. 

Komentarze (7)

    • N. F.
    • 05 kwietnia 2013, 18:13:59

    Warsztatowo sprawnie. Fabularnie zaciekawia. Ogólnie to przypomina mi troszkę stylem i anturażem Daniela Pennaca z Małej handlarki prozą. Zagrożenie widzę jedynie w próbie zmmierzenia się Autorki z męskim narratorem. Nie może być mz za wulgarnie (by nie wpaść w jałową prymitywność) ani zbyt słitaśnie i ciapciakowato. Wypośrodkowanie, zbalansowanie profilu psychologicznego bohatera to byłoby interesujace w moim odczycie.

  • Poprawnie i fabułą zaciekawia na tyle, że jestem ciekawa co było dalej (i jeśli wrzucisz, to na pewno przeczytam). Natomiast jeśli chodzi o "Małą handlarkę prozą" (KOCHAM), to jednak nie widzę podobieństwa. Może i dobrze, bo pewnie źle by wypadło. Trudno byłoby dorównać Pennacowi.

    • N. F.
    • 05 kwietnia 2013, 18:27:40

    Nie realia powieści sensu stricte (bo to oczywiste, że są inne w obu przypadkach), ale o aurę i zacięcie narracyjne.

  • No tak, mi też o to chodzi.

    • N. F.
    • 05 kwietnia 2013, 18:39:21

    Reasumując: idziemy w jed­nym kierun­ku, do jed­ne­go ce­lu, ale in­ny­mi drogami - jak powiedział klasyk czy ktoś w tym stylu.

  • No, no, no. Warsztat ładny. Kilka błędów znalazłam. Taka kosmetyka. Jak komuś chce się je wymieniać, znaczy, że było ich bardzo mało :):
    strzepnąłem (błąd w apekcie, powinien być dokonany)
    sypiałem (czynność rozciągnięta w czasie, regularna, ale nie stała, wiec aspekt niedokonany)
    tą moją (błąd w końcówce: tę)
    na ramiączkach a nie na ramiączka.
    Tekst ciekawy. Dobra kreacja bohatera. Radzi sobie Pani z męskim narratorem. Chciałoby się przeczytać dalszy ciąg.

  • Dziękuję wszystkim bardzo za opinię i uwagi. A co do błędów to rzeczywiście są, wszystko przez moje gapiostwo, poprawię. :)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się